niedziela, 11 lutego 2018

Ambasadorka kosmetyczna - Voiger Professional

Autor: Beata Szy dnia 11:40:00 1 komentarze
Dzisiaj przychodzę do Was z nietypową recenzją :)

Z czym kojarzy Wam się sobota? Bo u mnie przede wszystkim to porządki, sprzątanie, zapach czystości, kwiatów i owoców. 

Za sprawą kampanii >>Ambasadorka Kosmetyczna<< z marką Voiger Professional mam okazję testować spray do czyszczenia łazienki. Jestem już po pierwszych testach i muszę przyznać, że to naprawde dobry, godny polecenia produkt.

Opis producenta:
Łazienki Spray firmy Voiger skutecznie myje armaturę i kabiny prysznicowe. Jest to środek do mycia wszelkich powierzchni i urządzeń łazienkowych. Szczególnie polecany do mycia wanien, brodzików, umywalek, kabin prysznicowych i armatury łazienkowej. Mytym powierzchniom nadaje połysk, pozostawiając w pomieszczeniu przyjemny poziomkowy zapach.




Wizualnie spray prezentuje się dobrze, ma wygodną butelkę z atomizerem i dobrze trzyma się go w dłoni.Testy zaczęłam od armatury łazienkowej, bo tutaj najlepiej ocenić jest efekt środka. W Warszawie woda jest bardzo twarda i przez to, za sprawą kropelek, które osiadają na bateriach łazienkowych, nie wygląda to najlepiej. Niestety poza regularnym czyszczeniem nie da się nic zrobić, nawet stosowanie filtra niewiele pomogło w naszym przypadku. Przyzwyczaiłam się więc do tego, że błyszcząca powierzchnia to kwestia kilku dni, a potem wszytsko zaczyna się od początku. Natomiast aby armatura faktycznie lśniła, potrzebny jest dobry środek i Voiger jak najbardziej się tutaj sprawdził. Oceńcie sami - przedstawiam zdjęcia przed i po zastosowaniu. Dodam jeszcze, że spray ma bardzo ładny, poziomkowy zapach, któy roznosi się po całej łazience :)




I jeszcze pod prysznicem:




Oczywiście, zdjęcia nie oddają efektu w stu procentach, bo wykonywałam je telefonem, ale wierzcie mi na słowo, Voiger daje radę i jak najbardziej polecam! Świetnie radzi też sobie z myciem kabiny prysznicowej i powierzchniami szklanymi oraz lustrami :)

 A Wy, jak radzicie sobie ze swoimi łazienkami? :)


#piekniesprzatam ambasadorka_kosmetyczna #voiger #sprząTanie




czwartek, 11 stycznia 2018

INVEO - testowanie kosmetyków

Autor: Beata Szy dnia 21:04:00 0 komentarze
Trochę na tym blogu ostatnio kosmetycznie, o ile pojawiają się wpisy, bo bardziej wkręciłam się w Instagram i to tam oddaję się swoim pasjom. Tutaj wracam już tylko czasem, gdy np. nawiązana współpraca wymaga ode mnie też wpisu na blogu, co uczynię i dzisiaj. Blog był kiedyś miejscem, gdzie mogłam przelać swoje opinie o książkach, później o serialach, czasem napisać o czymś dla mnie ważnym osobiście, dzisiaj... Mam wrażenie, że w tym pędzie świata nie ma już czasu na długie opisy, a zdjęcia też mogą przekazać wiele, czasem jeszcze więcej.

Ale do sedna, chciałabym Wam napisać dziś o dwóch produktach marki Inveo, które mam okazję testować dzięki - już po raz drugi w moim przypadku  - akcji testerskiej magazynu Only You.

Kilka słów o produktach, i  tutaj skorzystam z opsiu producenta:



Henna do brwi, dostępna w kolorze czarnym i brązowym


Zawiera: Olejek Arganowy i delikatne pigmenty 
Unikalna, nowoczesna, bardzo łatwa do stosowania w warunkach domowych.
Wyjątkowo łagodna dla włosów brwi a jednocześnie skuteczna, dająca intensywne i trwałe zabarwienie. Wzbogacona pielęgnującym olejkiem arganowym. Nie wymaga utleniania przez co jest znacznie łagodniejsza dla skóry od typowych preparatów z utleniaczem.
Lekka kremowa konsystencja ułatwia aplikację.Unikalna, nowoczesna, bardzo łatwa do stosowania w warunkach domowych.




Wypełniacz do brwi w kremie, dostępny w kolorze czarnym i brązowym

Unikalny kosmetyk do stylizacji brwi. Pozwala na łatwą i szybką korektę brwi. 
Zawiera: Olejek Arganowy, wosk pszczeli. 
Unikalny kosmetyk nowej generacji do stylizacji brwi. Pozwala na łatwą i szybką korektę brwi. Pomaga nadać pożądany kształt i zapewnić perfekcyjne, długotrwałe wykończenie makijażu. Zapewnia optyczną regulację brwi a jednocześnie ich przyciemnienie i nabłyszczenie. Specjalnie wyprofilowana szczoteczka pozwala na dokładną aplikację, równomiernie rozprowadzając kosmetyk po włoskach, dając jednolity efekt bez smug, grudek i uczucia sztywności. Kremowa konsystencja i unikalny aplikator sprawiają, że produkt jest wyjątkowo wygodny, szybki i łatwy w aplikacji, a efekt utrzymuje się przez cały dzień. Łatwy do usunięcia standardowymi preparatami do demakijażu.







A co jeżeli chodzi o moją opinię? Mistrzem stylizacji brwi nie jestem i zwykle w tym celu udaję się do kosmetyczki, ale zachęcona stwierdzeniem, że produkty są bezpieczne, proste w obsłudze i idealne do stosowania w warunkach domowych, podjęłam wyzwanie. Jeśli chodzi o nakładanie henny - nic prostszego. Końcówka jest idealna, malowanie brwi jest bardzo proste. Henna mnie nie podrażniła, więc duży plus. Po odczekaniu wyznaczonego czasu bardzo dobrze się zmywała i ładnie, delikatnie zabarwiła brwi - tak jak chciałam. Jeśli chodzi i wypełniacz, nie używam go na co dzień, tylko na większe wyjścia, gdy już faktycznie się maluję. Również bardzo szybko można nabrać wprawy w jego stosowaniu, dobrze wypełnia brwi i dodatkowo je rozczesuje.

Produkty prezentują się elegancko, mają ładne opakowania. Co prawda są prawie nie do odróżnienia, więc trzeba czytać co jest w opakowaniu, żeby się nie pomylić :)

Dziękuję za możliiwość przetestowania i oczywiście polecam, szczególnie hennę :)

 
 

wtorek, 28 listopada 2017

Le Petit Marseillais - kampania

Autor: Beata Szy dnia 18:57:00 2 komentarze
Dziś kilka słów o kampanii, żelu pod prysznic i truskawkach :)

Jak wiele bardzo lubię brać udział w róznego rodzaju akcjach testerkich i kampaniach - to ciekawe doświadczenie i fajny sposób, by bliżej poznać jakiś nowy produkt. Moja ostatnia kampania, na przekór jesieni za oknem, ma bardzo wakacyjny wydźwięk. Zostałam jedną z ambasadorek kosmetykówe marki Le Petit Marseillais i przeogromnie cieszę się z tego powodu.

Najpierw słów kilka o samej paczce i zawartości. Przede wszystkim wizualnie pudełko prezentowało się wspaniale - wszystko w jednej, truskawkowej stylistyce, bardzo dopracowane. Oprócz pełnowymiarowego produktu - żelu pod prysznic o zapachu truskawki, otrzymałam jeszcze mnóstwo próbek dla znajomych oraz bardzo przydatny gadżet - zaparzacz do herbaty, w truskawkowym wydaniu - a jakże.

Jak dla mnie estetyka całości na mocne 6/6. Po prostu idealnie, zobaczcie sami :)

Polecam Wam zapisanie się do klubu ambasadorek LPM - wkróce szykuje się kolejna kampania, więc warto :)

Jeśli chodzi o sam produkt - lubię ten żel. Spełnia swoją rolę - dobrze myje, pieni się, łatwo się spłukuje i pozostawia przyjemny zapach truskawki na ciele. Czego możba chcieć więcej?



A skoro o jesieni i zimnych, szarych wieczorach mowa... Co mi wtedy poprawia nastrój?
Rozgrzewająca kąpiel z żelem pod prysznic o owocowym zapachu - to już wiadomo. Gorąca herbata, gruba książka i ciepły koc - to oczywiście podstawa. Oglądam też dużo seriali w tym okresie. Wychodsze na spacery, ale to w te cieplejsze dni. Przede wszytskim robię wszystko, by przedłużyć lato - otaczam się kolorami (jak najwięcej kolorowych ubrań, na przekór szarówce!), staram się wychodzić z domu i spotykać ze znajomymi, chodzę do kina, albo zajadam się pysznymi owocowymi deserami. Im więcej koloru i uśmiechu, tym lepiej ;)


#truskawkowylpm #ambasadorkalpm #lpmprzedluzalato


A Wy jakie macie na to sposoby?

 

wtorek, 10 października 2017

Laboratorium Naturella - recenzja

Autor: Beata Szy dnia 12:20:00 1 komentarze
Jakiś czas temu przyszła do mnie taaka paczka z prodyktami od Laboratorium Naturella. Uwielbiam takie niespodzianki i dziś chciałabym trochę przybliżyć Wam tę markę, ich kosmetyki, środki czystości i w ogóle filozofię firmy. Już na pierwszy rzut oka widać, że mamy do czynienia z produktami naturalnymi - proste w formie etykiety, w większości szklane buteleczki, przyjazne dla środowiska składy, biodegradowalne składniki. Lubię i doceniam taką prostotę, zresztą ksometyki naturalne święcą obecnie triumf i są bardzo popularne. I o to właśnie chodzi :)


Więcej o marce: 

Laboratorium Naturella jest biotechnologiczną firmą badawczo-wdrożeniową, która oferuje ekologiczne kosmetyki dla dzieci i dorosłych oraz środki czystości składające się przynajmniej w 99% z surowców pochodzenia naturalnego. Firma wyznaje zasadę “więcej=mniej”, więcej zdrowia i ekologicznych rozwiązań oznacza mniej negatywnego wpływu na środowisko. 

Jesteśmy przekonani, że najbardziej kompleksowe, przyjazne środowisku i bezpieczne dla skóry człowieka produkty powstają na bazie naturalnych składników. Korzystamy z ich właściwości, jak również z wiedzy teoretycznej oraz praktycznego doświadczenia specjalistów z różnych dziedzin. Dokładamy wszelkich starań, aby nasze produkty charakteryzowały się najwyższą jakością – były wydajne i skuteczne z jednoczesnym poszanowaniem otaczającego nas świata.


Produkty można podzielić na dwie marki OnlyBio i OnlyEco. Te pierwsze to przede wszystkim 
kosmetyki myjąco-pielęgnujące dla dorosłych i dzieci już od pierwszych dni życia. Produkty  składają się przyjamniej w 99% ze składników pochodzenia naturalnego, a główną substancją myjącą jest biosurfaktyna z rzepaku. W produktach nie są stosowane toksyczne środki tj.  SLS czy SLES oraz parabeny, barwniki, silikony itd. Formuła kosmetyków wzbogacona jest olejami, które zawierają pielęgnujące skórę fitosterole.



Jestem jeszcze oczywiście w trakcie testów, ale moje odczucia są już bardzo pozytywne. Produkty są bardzo wygodne w użytkowaniu, większość kosmetyków posiada pompkę do dozowania. Nie uczulają, dobrze się rozprowadzają, świetnie spełniają swoją rolę. Miałam przyjemność stosować m.in żel do mycia ciała, szampon i płyn do demakijażu. Jeśli chodzi o zapach, trudno mi go do czegokolwiek porównać. Nie jest intensywny, produkty są prawie bezzapachowem to woń składników naturalnych najprościej rzecz ujmując. Jeśli chodzi o szatę graficzną i składy, poniżej kilka zdjęć. Podoba mi się to, że kosmetyki te nie drażnią skóry i są hipoalergiczne. Wiele kosmetyków mnie uczula, mąż też ma problem ze skórą atopową. A więc tutaj jak najbardziej polecamy.

Buteleczka płynu do kąpieli - podaruję ją akurat w prezencie siostrzem bo sama nie mam niestety wanny i kąpiele z tym płynem nie wchodzą w grę, więc czekam na jej opinię.





Jeśli chodzi o drugą serię, OnlyEco, to naturalne, ekologiczne i biodegradowalne środki czystości. Ich skład wzbogacony jest gliceryną, która m.in. dodatkowo ogranicza ponowne zabrudzenie. Produkty OnlyEco posiadają przynajmniej 99,2% składników pochodzenia naturalnego, przez co nie szkodzą środowisku, w którym żyjemy. 



Ja dostałam do przetestowania płyn do czyszczenia trudnych zabrudzeń, ale w tej serii znajdziecie wszystko - płyny do mycia naczyń, kuchni, łazienek, do mycia szyb i luster, płyny do prania, płyny do płukania, żel do toalet, płyn do podłóg. Myślę że to sensowna alternatywa do produktów, które stosujemy na co dzień. Warto pomyśleń o środowisku i po prostu przestawić się na coś bezpieczniejszego, naturalnego. Jeśli chodzi o działanie, naprawdę jest w porządku.

Więcej o Laboratorium Naturella możecie przeczytać na ich stronie >>tutaj<<, a ja mam nadzieję, że choć trochę zainteresowałam WEas tym tematem ;)

sobota, 7 października 2017

Kosmetyki Conature, cz.2

Autor: Beata Szy dnia 13:29:00 0 komentarze
Dzisiaj czas na drugą część recenzji kosmetyków Cosnature - wysokiej jakości niemieckich kosmetyków naturalnych, przyjemnie pachnąceych owocami. Miałam okazję je testować biorąc udział w projekcie >>tutaj<<

A teraz najlepsze, czyli jak wyglądała zawartość paczki. Tym razem skusiłam się na naturalny żel odżywczy do twarzy i ciała z solanką i rumiankiem oraz hit, o któym powiem dziś nieco więcej - nawilżający, lekko koloryzujący krem z nagietkiem.



O tym drugim słyszałam wiele pozytywów na blogach i w filmikach na YT. Malutki krem (50 ml), który czyni cuda. Sama bardzo ograniczam makijaż, bo od jakiegokolwiek podkładu od razu dostaję wysypki albo alergii - łzawią mi oczy, mam katar i takie różne cuda. Na szczęście nie mam większych problemów z cerą, ale wiadomo, że samo wyrównanie kolorytu bardzo zmienia postać rzeczy. I tu idealnie spisuje się właśnie krem od Cosnature. Z tego co słyszałam dopasowuje się idealnie do każdego koloru skóry. Ja mam bardzo jasną cerę i nie pwooduje on żadnego efektu sztuczności, doskonale zgrywa się z odcieniem mojej skóry. Krem jest lekko kryjący, więc raczej nie spodziewajmy się cudów - nie poradzi sobie z dużymi zmianami czy wypryskami, ale jeśli chodzi o takie podstawowe codzienne krycie, u mnie spisuje się na piątkę.Nie uczula, nie daje efektu maski na twarzy, w ogóle go nie czuję - a to dla mnie bardzo ważne. Można stosować go pod podkład, albo tak jak ja - zamiast podkładu. Smaruję twarz najpierw nawilżającym kremem na dzień, a potem nakładam krem z nagietkiem gąbeczką. Na pewno zagości na stałe w mojej kosmetyczce. 

I jeszcze mały rzut na jego konsystencję i barwę.


Kosmetyki są naturalne, nie uczulają mnie, i sprawiają że skóra jest świetnie nawilżona. Z tego co wiem kosmetyki tej marki można spotkać m.in. w Hebe, Aptekach DOZ, Aptekach Cefarm i drogeriach Eko. Ceny są całkiem spoko, a zapachy powalają :)

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

13 powodów, Oto jestem, Płyń z tonącymi...

Autor: Beata Szy dnia 11:02:00 0 komentarze
Bywa różnie. Nie umiem pisać o tym co siedzi teraz wewnątrz mnie, a tym bardziej mówić. Słowa ulotniły się z mojej głowy, więc pozostałam milcząca i zupełnie zobojętniała. Wiem, czego bym chciała, ale albo nie mam ku temu narzędzi, albo zupełnie nie wiem jak mogłabym to osiągnąć. Ja – zawsze inna, zawsze z boku. 



Przeczytałam ebooka „13 powodów” Jaya Ashera zachęcona serialem. Serial nie jest wierną kopią książki, rozwija pewne wątki, dodaje nowe i pogłębia wszystkie relacje, jakie zostają zarysowane w opowieści. Ostatecznie muszę stwierdzić, że serial jest lepszy, ale to książka była pierwsza, więc oddaję jej honor. Gdyby nie książka, pomysł całej historii, nigdy nie zrodziłby się pomysł na serial, w którym wystąpiło tak wiele utalentowanych młodych ludzi. Czytając słyszałam ich głosy. Mówi Hannah Baker. Na żywo i w stereo. Nie regulujcie odbiorników. Kilka fraz, które już zawsze będą mnie wzruszać. Zauważyłam też, jak wiele wydarzeń zostało w serialu podkoloryzowanych, dodanych – czasem niepotrzebnie, czasem wprost przeciwnie. Akcja całej książki praktycznie dzieje się w jeden wieczór, a akcja serialu to długie tygodnie, więc nic dziwnego że różnice są ogromne. Niemniej, oba dzieła mają coś w sobie. Książka kończy się wywiadem autora z osobami pracującymi nad serialem i aktorami. Niesamowite spotkanie i nadzwyczajna relacja. Połączyła ich smutna opowieść, i nic już nie będzie takie jak przedtem.



Jeszcze o dwóch książkach muszę wspomnieć.  „Oto jestem” Jonathana Safran Foer’a to pozycja, na którą czekałam długie lata. Autor moich ulubionych „Wszystko jest iluminacją” czy „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” powrócił po 11 latach ciszy. Kupiłam książkę w ciemno, a potem bałam się zacząć czytać. Bałam się zawieść. Dziś, kilka tygodni po lekturze, mam mieszane uczucia. Na pewno – dla mnie osobiście – powieść wypada słabiej od poprzednich. Przez jakiś czas brakowało mi tej typowej dla pisarza wrażliwości słowa, tych porównań od których jeży się włos, tych zdań trafiających prosto w serce. Ale im dalej, tym książka nabierała rytmu, można było odnaleźć dawnego Foera. W skrócie jest to historia rozpadającego się małżeństwa, relacji między partnerami, a także między rodzicami a dziećmi i to na przestrzeni kilku pokoleń. Mamy tu obraz żydowskiej rodziny,  ich wartości, tradycji i poczucia braku przynależności. Temat bliski pisarzowi, który sam urodził się w Waszyngtonie w takiej właśnie rodzinie. Historia Jacoba i Julii poruszyła mnie najbardziej. Ich szesnastoletni staż nie jest w stanie przetrwać kryzysu, których nadchodzi. Jak bardzo mogą się od siebie oddalić ludzie, będący kiedyś dla siebie wszystkim? Foer zajmuje się jeszcze w książce polityką i wątkiem żydowskim – opisuje Izrael upadły po trzęsieniu ziemi i jego walkę z krajami ościennymi. Bardzo mocny nacisk kładzie na ten temat – jak żyją w XXI wieku żydzi, jak radzą sobie z przeszłością, ze swoimi dziwacznymi obrzędami, z brakiem właściwego miejsca na ziemi?



Książka wydaje się nierówna, jakby pisana fragmentami, niejednorodna. Autor z jednej strony umieszcza w niej tematy na właściwie kilka oddzielnych powieści i upycha w jedno, z drugiej książka bywa przegadana i można by wyciąć wiele elementów. Podsumowując, choć w końcowych wersach podziałała na mnie magia stylu Foer’a, którego tak mi brakowało, to powieści wiele brakuje do powtórzenia sukcesu poprzednich.


I na koniec „Płyń z tonącymi” Larsa Myttinga. Autor, który o drewnie wie chyba wszystko i w tej powieści daje tylko mały obraz tego, jak pięknie można o tym pisać. Pozytywnie zaskoczyła mnie ta książka, bo właściwie nie wiedziałam czego się spodziewać – ot, skusiła mnie przepiękna szata graficzna. Jest to historia młodego mężczyzny, Edvarda, szukającego prawdy o swoich korzeniach, pragnącego rozwikłać rodzinne zagadki. Edvard był wychowywany przez dziadka, gdyż jego rodzice zginęli w tragicznych okolicznościach na polu minowym. On sam był wtedy z nimi, ale zniknął, został odnaleziony po kilku dniach, cały i zdrowy, ale z wielką dziurą w pamięci. Po śmierci dziadka nadszedł czas, by Edvard wyruszył śladami swoich krewnych i poznał prawdę. Urywane dotąd wspomnienia, strzępy zdarzeń znane z opowieści w końcu układają się w jedną całość. A przy tym Edvard poznaje intrygującą Gwen, bliższą mu bardziej niż mogłoby się początkowo wydawać. I chociaż sami możemy domyślić się końca tej historii jeszcze zanim Edvard zbierze wszystko w jedną całość, opowieść ta jest magiczna, ma w sobie coś nostalgicznego, co sprawia, że po prostu chce się ją odkrywać.





Wszystkie zdjęcia pochodzą z mojego Instagrama. Muszę poszukać jak dodać odnośnik na bloga, bo na razie nie mam pojęcia :) Więcej tam działam więc serdecznie zapraszam do odszukania mojego profilu „Keskese87”.



Co poza tym u mnie? Ostatnio z seriali na tapecie „Orange is the new Black”, aktualnie drugi sezon. Dziś obejrzymy z Mężem pewnie finał „Gry o tron”, w międzyczasie oglądamy też trzeci sezon serialu „Flash”. Mam jeszcze jakieś zaległe recenzje i powoli umykają mi te tytuły, ale prędzej czy później skrobnę parę słów. Po fali konkursowych zwycięstw i paczek, przyszła chwila ciszy, ale co jakiś czas znów wpada jakaś drobna rzecz (dziś np. krem przeciwsłoneczny) więc taka zbiorcza notka też powinna się niedługo pojawić. Jak się do tego zbiorę, a to wielka sztuka. Zmieniłam telefon, żeby bardziej „wyżyć” się artystycznie na Instargramie, bo jakość aparatu w poprzednim pozostawiała wiele do życzenia. Tęsknię za spokojnymi czasami w mniejszym mieście, za praca która nie wyciskała ze mnie tyle sił. Mam wrażenie, że z niej nie wychodzę, zwłaszcza że ostatni zwiększony ruch obrócił się w szał nadgodzin. Jak dostanę wypłatę ekstra, to chyba szybko coś z nią zrobię. Poza tym – urlop. Mamy prawie wrzesień, a ja nadal nie byłam na wakacjach. Wskutek różnych firmowych nieporozumień nie dostałam urlopu we wrześniu, a bardzo na niego liczyłam. Co mi pozostaje? Przeglądać wakacyjne oferty z naciskiem na miejsca, gdzie pod koniec roku jeszcze można ujrzeć słońce ;) Po całym weekendzie w pracy robię sobie dziś dzień luzu dla siebie.
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon